Zrelaksowany.pl

Spokój ducha od ucha do ucha
Zrelaksowany w podróży

Zrelaksowany w podróży

Dziś wpis inny niż zwykle – relacja z podróży. Turystycznie i z przemyśleniami 😉

Gdzie jedziecie?! Do Jordanii?! Co Wam przyszło do głowy?! Dlaczego akurat tam?! Takie były najczęściej reakcje gdy odpowiadałem na pytanie „Dokąd na urlop?” A powód był naprawdę prozaiczny – zaproszenie zaprzyjaźnionej pary: „Jedźcie z nami, wszystko zorganizujemy i będzie taniej ;)” Sam bym się tam nie wybrał, ze strachu przed nieznanym głównie – wszystko inne: klimat, jedzenie, kultura, itp. … ale gdy mnie ktoś poprowadzi za rączkę – czemu nie! W końcu będę mógł się zrelaksować na urlopie, bo od kiedy pamiętam cała logistyka wyjazdów była na mojej głowie… jak się okazało, wyluzowanie się na wyjeździe nie tylko od tego zależy 😉

Amman – stolica Jordanii. Starożytna osada, w międzyczasie  całkowicie opuszczona. Po II wojnie światowej miała ok. 40 tys. mieszkańców, obecnie ponad 2,3 mln

Po przejściu wielu, naprawdę wielu kontroli dokumentów, bagażu, a nawet tęczówek oczu na lotnisku w Ammanie, wypożyczonym samochodem włączamy się do ruchu. To co się dzieje na drogach w Jordanii rozluźnieniu nie sprzyja! Klaksony zamiast kierunkowskazów, niezliczona ilość nieoznakowanych progów zwalniających i między tym wszystkim piesi, a nawet konie. I mnóstwo policji zachowującej w tym wszystkim stoicki spokój! Dodatkowo nawet na tylnej kanapie nie opuszczają mnie nawyki kierowcy, więc ciągle mam oczy jak pięć złotych :O  ciągle jest na co patrzeć!

Pierwszy spacer po mieście. Czy to tylko moje wrażenie że większość samochodów trąbi jak nas mija? Zza ich szyb szczerzą się do nas uśmiechnięte twarze, machają ręce… to chyba jednak tylko do naszych dziewczyn. Mimo długich ubrań zakrywających ciało ich słomkowe kapelusze wyróżniają się wśród hidżabów i innych kobiecych nakryć głowy. Nawet my, faceci, mimo upału mamy długie spodnie – jak zresztą wszyscy inni na ulicach. Na każdym kroku jesteśmy zapraszani do skorzystania z oferty sklepów, straganów i wszelakiej maści punktów sprzedaży wszystkiego. Kładę rękę na piersi, pochylam głowę, mówię z szacunkiem Thank sou, thank you, thank you.. Na początku mnie to spina, jednak z upływem czasu tak mi wchodzi w nawyk że przestaję rozumieć co do mnie mówią. Najczęstsze pytanie lokalsów: Where are you from? a na odpowiedź Bolanda reakcje są bardzo pozytywne – Welcom to Jordan!

Amman to dla mnie Am-Man – czyli człowiek jedzący. Pierwszy raz życiu doświadczam tak innych smaków: falafel, kunafa, baklawa, soki z trzciny cukrowej, granatu, mango – przygotowywane w momencie kupowania. Nawet zwykła woda kupowana na ulicy z butelki przechowywanej w miednicy z lodem smakuje jak ze źródła! Jem również oczami – stojąc na szczycie jednego ze wzgórz na którym leży miasto, oglądam morze domów w kolorze piasku pustyni, falujące aż po horyzont. Przyswajam uszami niekończące się odgłosy ulicy, śpiewy muezinów dochodzące ze wszystkich stron… nawet w nocy przed samym świtem!

Mikroskopijna knajpka z otwartymi drzwiami, w środku pusto, nie ma ludzi ani żadnego jedzenia. Patrzymy. Nie wiadomo skąd pojawia się właściciel
– Welcom to Jordan! Chcecie coś zjeść?- Tak, czy są falafele?
– Oczywiście!

– Poprosimy 4
Nie wiadomo skąd pojawia się młody pomocnik właściciele i rusza na zakupy. Po kolei przynosi różne rzeczy ukryte w foliowych reklamówkach. Za pół godziny dostajemy przepyszne wrapy z falafelami za niespełna 2 zł każdy.

Dżarasz – jedno z najlepiej zachowanych na świecie rzymskich miast z okresu starożytności

Chodzimy i oglądamy ruiny sprzed dwóch tysięcy lat, ciągle noszące ślady potęgi i świetności. Tu kiedyś żyli ludzie, chodzili po tych samych ulicach… ciekawe co po nas pozostanie – myślę – i dosłownie potykam się o odpowiedź – plastikową butelkę po wodzie. Dużo tego w Jordanii na ulicach, a pola w okolicach miast są dosłownie usłane plastikowymi śmieciami. W sercu kiełkuje mi myśl o ograniczaniu używania plastiku, ale jak tu w Jordanii pić wodę inaczej – strach przed klątwą faraona! Jak tylko wrócę do domu zmieniam swoją postawę w tym względzie!

W eleganckiej restauracji przy drodze
– Hello, co można zamówić?
– Przepraszamy, ale dzisiaj nic nie mamy do jedzenia
Jedziemy więc do przodu..

X kilometrów dalej przy ruinach  zamku stoi duży namiot wyglądający jak miejsce gdzie można coś zjeść tylko, że nie ma kuchni
– Hello, czy można tutaj coś zjeść?
– Oczywiście! Zapraszam! Mam na imię Jezus – co chcielibyście zamówić?

– Shoarmę, humus, falafele, sałatkę…
– Już się robi, a międzyczasie podam Wam herbatę i kawę
– A ile to będzie kosztować?
– Niedrogo

Rzeczywiście, za jakieś 45 minut jedzenie przyjechało samochodem nie wiadomo skąd i kosztowało niedrogo. A za ten czas Jezus oczywiście zabawiał nas rozmową.

Madaba – najbardziej chrześcijańskie miasto Jordanii – chyba ze względu na ilość wybudowanych do VI wieku kościołów.

Oglądamy historyczne mozaiki wykonane z malutkich kamyczków w kształcie prostopadłościanów. Każdy wykonany ręcznie z kamienia o określonym kolorze. Tysiące kamyczków tworzą obrazy, portrety a nawet mapy okolicznych terenów. Ile czasu musiało zająć przygotowanie materiału i układanie! Nachodzi mnie refleksja, że każdy swoje życie buduje dokładając codziennie właśnie takie kamyczki swoich czynów i zamierzeń. Być może zmienia założenia, plany, w międzyczasie ktoś uderzy i rozwali układankę, chcący czy niechcący, trzeba zaczynać od nowa.. Czasem ludzie stoją i patrzą na naszą mozaikę życia i główkują – co to w ogóle jest?!! 😉

W ulicznej jadłodajni
– Dzień dobry, co macie do jedzenia?
– Kebab, chicken, shoarma
– A coś bez mięsa?
– Yes, Kebab, chicken, shoarma
– A coś innego, warzywnego gdzie w ogóle nie ma mięsa?
– Hmmmm…. Yes! Kebab, chicken, shoarma!
Dobrze, że zabrałem do plecaka z wczorajszego obiadu u Jezusa chlebki pita…

Petra – ruiny wykutego w skałach miasta Nabatejczyków, którego rozkwit miał miejsce w czasach antycznych.

Pierwszy raz ubieramy się w krótkie spodenki – turystów jest tu naprawdę sporo i ruszamy na całodniową wyprawę po skalno-pustynnym królestwie. Na głównym szlaku mijamy wiele straganów z pamiątkami (thank you, thank you), które tanieją wraz z wysokością i oddaleniem od centrum (ja thank you, ale Marzenka już się dała namówić). Ze zdziwieniem na prowizorycznie skleconych z kijów i koców stoiskach widzę znaczki Visa i Mastercard 😀 Schodzimy z głównej drogi i wspinamy się na monumentalne skały skąd roztacza się niesamowity widok.

Podczas wspinaczki z zamyślenia wyrywają mnie słowa
– Hello! Where are you from?
– Hello! Bolanda – odpowiada kolega z którym idę
– Ty nie wyglądasz na Polaka, ale twój kolega tak
– Dlaczego? – pytam zdezorientowany

– Bo się nie uśmiechasz!
No ładnie, myślę, zrelaksowany – nadąsany..
– Dziękuję – mówię kładąc rękę na sercu i kąciki ust wędrują mi do góry 🙂

Aqaba – kurort turystyczny nad Morzem Czerwonym, trochę bardziej europejsko, luźniej niż w Ammanie.

Około południa przyjeżdżamy na plażę za miastem, gdzie umówiliśmy się z miejscowym instruktorem na nurkowanie do rafy koralowej. Bajkowe widoki – niebieskie niebo, krystalicznie czysta woda, żółty piasek, przestrzeń, cisza, spokój, w tle egipskie góry. Właśnie! Podobno gdzieś tu w okolicy przeprawiał się przez Morze Czerwone biblijny naród izraelski uciekając z Egiptu. Ale teraz plaża jest pusta – gdzieniegdzie widać tylko pojedyncze osoby. Krótki instruktaż oddychania przez akwalung i zanurzamy się w ciepłej wodzie. Rafa koralowa i pływające rybki są piękne jak złudzenia i mają też taką naturę – rybek nie da się ich złapać w ręce bo zawsze się wymykają, a wyglądająca delikatnie i zwiewnie rafa okazuje się być niezwykle twarda i ostra gdy się ją niechcący uderzam stopą. Auuuu!!!
Tak właśnie boli konfrontacja złudzeń z rzeczywistością, może czasem lepiej, że nie można ich złapać…

Po nurkowaniu zostajemy na plaży do wieczora i dopiero wtedy plaża się zaludnia miejscowymi, którzy robią tu pikniki. Jedzenie, napoje, a nawet szisze są dostępne u krążących wokół sprzedawców (thank you). Z samego rana wstaję i idę nad morze popływać, myślę, że jak zwykle bywało gdzie indziej, o tak wczesnej porze będę sam. Nic bardziej mylnego! Czyżby wieczorna impreza się jeszcze nie skończyła?! Na plaży (nadal?) mnóstwo ludzi, choć pływających w wodzie niewiele.

Wadi Rum – największa jordańska pustynna dolina leżąca wśród granitowych i zbudowanych z piaskowca skał.

Zostawiamy wynajęty samochód na skraju pustyni i ruszamy pick-upem pod opieką Beduina w niekończące morze czerwonego piasku i skał. Wspinamy się na skały, góry piachu, zaglądamy do wąwozów i jaskiń, skaczemy, rzucamy piachem, albo na nim leżymy. Znowu myślę o Izraelitach – to chyba gdzieś tu wędrowali przez 40 lat, ciekawe czy też tak to wtedy wyglądało? Patrzymy jak ogniste słońce tonie w ognistym piasku za ognistymi skałami, a ognisty Beduin w ognistej kefii na głowie podaje nam ogniście słodką herbatę ugotowaną na najbardziej ognistym ognisku z kilku pustynnych patyków.

Po zachodzie słońca zmrok zapada szybko. Docieramy na nocleg do obozu Beduinów, gdzie na kolację dosłownie wykopują nam jedzenie z dołu w piasku, gdzie przez kilka godzin się podgrzewało. Jak przed wiekami! Jemy aż nam się uszy trzęsą, a Beduini… leżą na kanapach ze smartfonami w rękach! Wszyscy! Zasięg na środku pustyni? Internet? WiFi? Wszystko jest! Rzeczywiście.. przecież nocleg tutaj został zarezerwowany na Bookingu.. Panele fotowoltaiczne na dachu dają energię elektryczną, źródlana woda ze źródła ze skały… ciekawe co robią ze ściekami? – bo przecież muszla i prysznice też tu są. W niektórych względach wszyscy jesteśmy do siebie podobni..

Morze Martwe – słone jezioro bezodpływowe położone w tektonicznym Rowie Jordanu.

Ostatni punkt naszej podróży. Przyciągało wzrok tuż przed lądowaniem samolotu. Zostało na deser. Desery nie powinne być słone – a ten był i to bardzo! Ale po kolei – po drodze wjechaliśmy na górę Nebo, skąd podobno biblijny Mojżesz zobaczył Ziemię Obiecaną. Rzeczywiście, jest to najwyższe wzniesienie w okolicy i widoki z niego są niesamowite. Nie wiem jak to wyglądało kilka tysięcy lat temu, ale teraz jak okiem sięgnąć – pustynne połacie ziemi, jedynie wzdłuż Jordanu widać trochę zieleni. Zjeżdżamy serpentynami po skalistych zboczach w stronę Morza Martwego, różnica wysokości to ponad 1200m. Im niżej tym bardziej dziko i gorąco. Najniżej położony punkt ziemi. Depresja. W okolicy żadnych domów mieszkalnych – tylko hotele, na ulicy brak ludzi. O! Przejeżdża ktoś na koniu. Mamy wynajęty apartament w stojącym samotnie budynku. Na parterze sklep, a na czwartym piętrze restauracja. Wjeżdżamy na górę.

– Hello, chcemy zrobić check-in
– Chicken?

– nie, nie check-in do apartamentu
– yes, my mamy chicken
– nie, my chcemy check-in żeby spać tam na dole, a nie chicken!

– ale tam nie ma chicken!

Zjeżdżamy na dół, pojawia się właściciel sklepu, restauracji i apartamentu, wpuszcza nas do mieszkania i zaprasza na chicken  na czwartym piętrze. Nic innego w pobliżu nie ma do jedzenia więc wjeżdżamy tam znowu. Z okien pustej restauracji roztacza się przepiękny widok na morze, wygląda jakby było tuż za drogą. Chcemy szybko zjeść i wskoczyć do wody! Nie tak szybko.. większość dań w menu jest niedostępna, a te które można zamówić przywożone są po godzinie windą na raty nie wiadomo skąd 🙂

Wejście na przyhotelową plażę nad Morzem Martwym kosztuje grubo ponad stówę za osobę. Słońce już zachodzi – nie będziemy przecież tyle płacić. Wybieramy dziką plażę naprzeciw naszego domu! Idziemy, idziemy, okazuje się, że jest naprawdę daleko, ciągle w dół i w dół.. tu kiedyś chyba było morze! No tak, poziom wody obniża się około 1 metr na rok! Schodzimy coraz niżej, pot z nas się leje, coraz więcej śmieci i coraz bardziej gorąco. Docieramy na… plażę? Nie! Obraz nędzy i rozpaczy – bagno po którym strach wchodzić do wody a do tego mnóstwo śmieci. A słońce coraz niżej! No jak to?? Nie wykąpiemy się w Morzu Martwym?

Na TripAdvisorze zaznaczona jest plaża z której podobno korzystają lokalsi – kilkanaście kilometrów dalej. Pędzimy! Najpierw zboczem kawał do góry, do samochodu i w drogę. Docieramy na miejsce. Rzeczywiście – daleko na dole w wodzie widać punkciki – kąpią się! Idziemy. Znowu w dół po zboczu, ścigamy się ze słońcem,  kto pierwszy zejdzie. Docieramy, wokół mnóstwo samych facetów patrzących z nieskrywanym zaciekawieniem na dziewczyny. Żadnych ichnich kobiet. Jak tu się rozebrać? Idziemy jak najdalej od nich, owinięci ręcznikami do samej wody i …. W końcu chlup! Schłodzić się w Morzu Martwym?? Niemożliwe. Woda ciepła jak zupa. Gęsta jak syrop od kaszlu. Ciągnie się jak olej. Ale… rzeczywiście! Można się na niej położyć i… rozluźnić mięśnie… wszystkie, łącznie z głową… Ale super! Tylko … gorąco… Zaraz zaraz mamy towarzystwo! Lokalni amanci pływają dookoła nas i bez skrępowania gapią się na dziewczyny, podeszli również na brzegu! A one nie mają jak się nawet zanurzyć w wodzie!!! Dobrze, że na patrzeniu się kończy.. Słońce zaszło, robi się ciemno, wychodzimy. Teraz rozumiemy dlaczego ważne są prysznice, których tu nie ma!!! Ta woda po prostu nie schnie! Rozmazujemy ją ręcznikami po ciele i wspinamy się po zboczu do drogi, po ciemku, do samochodu. Uffff, co za przeżycie… Padamy zmęczeni na łóżka..  Cieszę się że jutro wracamy!

Na lotnisku jakiś facet znowu do czegoś mnie namawia. Odmawiam mu najuprzejmiej jak tylko potrafię – za chwilę okazuje się, że wskazywał mi drogę do hali odlotów 😛

Startujemy z opóźnieniem, wznosimy się ponad pustynny krajobraz, Morze Martwe skrzy się złudzeniem, błękit Morza Śródziemnego uspokaja.. paski pól uprawnych Rumuni i Ukrainy wyglądają znajomo. Polska ziemia chowa się za chmurami – fajnie je zobaczyć pierwszy raz od tygodnia! Lądujemy. Kołacze w głowie mi się myśl o całowaniu ziemi 😀

Jeszcze wiele dni po powrocie w etui na okularki pływackie były grube krople Morza Martwego, a woda w basenie sportowym codziennie ma dotyk jedwabiu 🙂

Your email address will not be published. Required fields are marked with *.